STRONA  GŁÓWNA
AKTUALNOŚCI
PRACOWNIA
KSIĘGA  GOŚCI
KONTAKT







Inspiracje literacko
muzyczne

Stanisław Jerzy Dołżyk


Lot Ikara
    Jako inspiracja do namalowania tego cyklu obrazów posłużyła mi twórczość Jacka Kaczmarskiego. Cykl składa się z 17 prac

"Koń wyścigowy


"Koń wyścigowy" 2005, 100 x 81


Za chwilę start wielkiego biegu za miliony.
- więc doczekałem się nareszcie swego dnia!
chrypną głośniki: Czarny koń, dżokej w czerwonym!
- to dżokej mój, a Czarny koń - to właśnie ja!

Nie na mnie skierowane publiczności oczy,
na mnie nie stawiał nikt, pisano o mnie źle,
ale ja wiem, że mogę gnać, co koń wyskoczy
i że zwycięstwo jest pisane właśnie mnie!

Start! Tunel toru za barierą się otwiera,
do przodu rwę, wiatr z oczu mi wyciska łzy,
dżokej w strzemionach staje, chłoszcze ,jak cholera!
na czarnej sierści rosną pierwsze pręgi krwi

Sam wiem, jak biec! Kopyta szarpią ruń na bruzdy,
przeszkody tnę jedna po drugiej od niechcenia!
ach, jakbym biegł! tylko bez siodła i bez uzdy,
co chcą powstrzymać mnie od mego przeznaczenia!

Co mnie obchodzą publiczności dzikie wrzaski!
co mnie obchodzi dżokej mój - czerwony karzeł?!
ja tu dla siebie biegnę, nie z niczyjej łaski,
i - co potrafię - zaraz wszystkim wam pokażę!

Znikają z obu stron chorągwie, twarze, godła,
ja czuję tor i tylko tor i kopyt takt,
więc jeden ruch! - i wylatuje dżokej z siodła
i z pyska znika mi wędzidła słony smak!

Pędzę co sił, cóż dla mnie dyskwalifikacja
- przegrywa stajnia, dżokej, widz - ale nie ja!
nikt nie zagrozi mi - to dla mnie ta owacja,
lecz meta nie jest końcem biegu - ani dnia!

Więc dalej gnam, nie wiedząc - czy to ja, czy nie ja
o którym wrzeszczą, że oszalał! - ich to rzecz!
stać mnie na wszystko! - byle tylko bez dżokeja!
i raz na zawsze - z siodłem, uzdą, pejczem - precz!


"Obława"


"Obława" 2009, 259 x 110


" Skulony w jakiejś ciemnej jamie smaczniem sobie spał
I spały małe wilczki dwa - zupełnie ślepe jeszcze
Wtem stary wilk przewodnik co życie dobrze znał
Łeb podniósł warknął groźnie aż mną szarpnęły dreszcze
Poczułem nagle wokół siebie nienawistną woń
Woń która tłumi wszelki spokój zrywa wszystkie sny
Z daleka ktoś gdzieś krzyknął nagle krótki rozkaz: goń -
I z czterech stron wypadły na nas cztery gończe psy!

Obława! Obława! Na młode wilki obława!
Te dzikie zapalczywe
W gęstym lesie wychowane!
Krąg śniegu wydeptany! W tym kręgu plama krwawa!
Ciała wilcze kłami gończych psów szarpane! ..."

                         
"Obława z helikopterów"

"... Myśli brat, że bezpieczny, skoro schronił się w las,
Lecz go ściga nie bóg! Ściga człowiek!
Śmigieł świst nad głowami, grad pocisków i wrzask,
Co wyrywa źrenice spod powiek!
Strzelców twarze pijane w drzew koronach znad luf,
Wrzący deszcz wystrzelonych ładunków!
To już nie polowanie, nie obława, nie łów!
To planowe niszczenie gatunku!

Z rąk w mundurach, z helikopterów
Maszynowa broń wbija we łby
Czarne kule i wrzask oficerów:
Wy nie wilki, nie wilki już wy! ..."

"Potrzask"

"... Już moja prawa łapa tkwi w żelaznych szczękach

I jej nie wyrwę, choćbym wszystkich użył sił,
A królik w pętli - moja zguba i przynęta
Czerwone oczy przerażone we mnie wbił!
Ale i jemu śmierć pisana - on nie winien!
Ten, co zastawił wnyki to dopiero wróg!
To z jego marnie zginę rąk, jak zwierzę ginie!
Dostanę pałką w łeb nim warknąć będę mógł!

- Strzeżcie się wilki! Strzeżcie się przynęty!

Strzeżcie się wilki! Strzeżcie ludzkiej łaski!
Zastawił na was wróg zawzięty
Potrzaski! ..."


"Obława IV"

" Oto i ja, w posoce skrzepłej osaczony,
Ja - wilk trójłapy wśród sfory płatnych łapsów
Staję i warczę, kaleki i bezbronny,
Szczuty, jak pies od niepamiętnych czasów.
Uciekać dalej nie będę już i nie chcę,
Więc pysk w pysk staję z myśliwym i nagonką.
Mdławy niewoli zapach nozdrza łechce
I nagła cisza unosi się nad łąką.

Myśliwy jeszcze ma broń i trzyma smycze,
Lecz las jest nasz i łąki też są nasze!
Wilk wolny - wyje, na smyczy pies - skowycze
I bać się musi i swych braci straszyć. ..."


,,Syn marnotrawny


"Syn marnotrawny" 2005, 100 x 81

Jestem młody, nie mam nic i mieć nie będę, wokół wszyscy na wyścigi się bogacą.
Są i tacy, którym płacą nie wiem za co, ale cieszą się szacunkiem i urzędem.
Bo czas możliwości wszelakich ostatnio nam nastał...

Mogę włóczyć się i żyć z czego popadnie, mogę okraść kantor, kościół czy przekupkę.
Żyć z nierządu albo doić chętną wdówkę, paradować syty i ubrany ładnie.
A chyłkiem, jak złodziej o zmroku wymykam się z miasta...

Mogłem uczyć się na księdza lub piekarza, duch i ciało zawsze potrzebują strawy.
Na wojaka mogłem iść i zażyć sławy, co wynosi i przyciąga – bo przeraża.
A młodość to ponoć przygoda a wojsko to szkoła...

Mogłem włączyć się do bandy rzezimieszków, niepodzielnie rządzić lasem lub rozstajem.
Zostać mnichem i dalekie zwiedzać kraje, rozgrzeszając niespokojne dusze z grzeszków.
A chyłkiem przez życie przemykam i drżę, gdy ktoś woła...

Jestem młody, jestem nikim – będę nikim, na gościńcach zdarłem buty i kapotę.
Nie obchodzi mnie co ze mną będzie potem, tylko chciałbym gdzieś odpocząć od paniki.
Co goni mnie z miejsca na miejsce o głodzie i chłodzie...

Ludzie, których widzę – stoją do mnie tyłem: ten pod bramą leje, ów na pannę czeka.
Nawet pies znajomy na mój widok szczeka... sam się z życia nader sprawnie obrobiłem.
Więc chyłkiem powracam do domu o zmroku – jak złodziej.

Jakaś ciepła mnie otacza cisza wokół , padam z nóg i czuję ręce na ramionach.
Do nóg czyichś schylam głowę, jak pod topór, moje stopy poranione świecą w mroku.
Lecz panika – nie wiem skąd wiem – jest już dla mnie skończona...


,,A my nie chcemy uciekać stąd ...


"A my nie chcemy ..." 2005, 116 x 94

Stanął w ogniu nasz wielki dom,

dym w korytarzach kręci sznury.
Jest głęboka naprawdę czarna noc
z piwnic płonące uciekają szczury

Krzyczę przez okno czoło w szybę wgniatam,
haustem powietrza robię w żarze wyłom.
Ten co mnie słyszy ma mnie za wariata,
woła - co jeszcze świrze ci się śniło

Więc chwytam kraty rozgrzane do białości,
twarz swoją w oknie widzę twarz w przekleństwa.
A obok sąsiad patrzy z ciekawością,
jak płonie na nim kaftan bezpieczeństwa

Dym w dziurce od klucza a drzwi bez klamek,
pękają tynki wzdłuż spoconej ściany.
Wsuwam mój język w rozpalony zamek,
śmieje się za mną ktoś jak obłąkany

Lecz większość śpi nadal przez sen się uśmiecha
a kto się zbudzi nie wierzy w przebudzenie.
Krzyk w wytłumionych salach nie zna echa
na rusztach łóżek milczy przerażenie

Ci przywiązani dymem materacy
przepowiadają życia swego słowa.
Nam pod nogami żarzą się posadzki,
deszcz iskier czerwonych osiada na głowach

Dym coraz gęstszy, obcy ktoś się wdziera
a my wciśnięci w najdalszy sali kąt.
Tędy! - wrzeszczy - niech was jasna cholera!
A my nie chcemy uciekać stąd!

A my nie chcemy uciekać stąd!
Krzyczymy w szale wściekłości i pokory.
Stanął w ogniu nasz wielki dom!
Dom dla psychicznie i nerwowo chorych!


,,Przejście Polaków przez Morze Czerwone” 


"Przejście Polaków przez Morze Czerwone" 2005, 155 x 167

Na brzegu stojąc, drżące plemię boże, patrzymy w trwodze na Czerwone Morze.
Za nami ściana świata tego ludów, stoi milcząca, czekająca cudu.
A nam nie dobrze to milczenie wróży: my się musimy w morze to zanurzyć!
Nie dla nas sady na żyznych rzek stokach - dla nas jest toń ta czerwona, głęboka.

Wtem jeden człowiek, niespełna rozumu na kamień włazi i woła do tłumu:
Ja wam powiadam i kto chce, niech wątpi, że się to morze przed nami rozstąpi!
Ja nad tym morzem trzymam wiary władzę! ja pójdę pierwszy! ja was poprowadzę!
I nim ktokolwiek zdążył przetrzeć oczy, już jedną nogę w odmętach zamoczył.

Drugiej nie zdążył bo oto toń rzyga i jeden poziom w dwa piony się dźwiga!
Szum się podnosi, a od ludów wrzawa: sprzeczne z naturą, więc na cud zakrawa!
A on że człowiek pierwszy w wąwóz wkroczył między sztandary purpurowych zboczy.
A wszystko warczy, pieni się i pryska, lecz najmniejszego nie zamoczy listka.

Więc nie pytając nawet o przyczynę, już wszyscy razem weszliśmy w szczelinę.
Idziemy rzędem wzdłuż krwistych otchłani - zlęknięci, dumni, zdumieni, znękani.
Ktoś krzyknął nagle: wracamy! to zdrada! Ktoś - naprzód! - woła, a ktoś jęczy - biada!
Inny znów ściany czerwonej dotyka i nim coś powie - bezszelestnie znika.

Czyśmy za wolno szli, czy pobłądzili, czy iść przestali we zwątpienia chwili,
Czy wszystko złudą było czy omamem i tylko w myślach weszliśmy w tę bramę,
Nie wiem i nie wie chyba nikt na świecie, choć wszyscy wszystko oglądali przecież.
Dość, że się toniom w pionie stać znudziło w chwil kilka mokrą szmatą nas przykryło

I ciężkiej ciszy przytrzasnęły drzwi, jakby nas wchłonął kubeł pełen krwi!
Chyba na zawsze będzie już schowana pod wodą nasza Ziemia Obiecana.
Patrzyli żywi z czerwonej mogiły, jak do swych dziejów ludy odchodziły.
Mówiono teraz: I widzicie sami, jakie są skutki żartów z żywiołami.

A ci z ustami, oczami pod wodą, choć odpowiedzieć by chcieli - nie mogą
Mnie na nieznane brzegi wyrzuciło... i stąd ta piosenka, której by nie było!


,,Krzyk


"Krzyk" 2005, 100 x 81


Dlaczego wszyscy ludzie mają zimne twarze?
Dlaczego drążą w świetle ciemne korytarze?
Dlaczego ciągle muszę biec nad samym skrajem?
Dlaczego z mego głosu mało tak zostaje?

Krzyczę, krzyczę, krzyczę, krzyczę w niebogłosy !
Aaa ..! zatykam uszy swe !
Smugi w powietrzu i mój bieg, jak prądy niewidzialnych rzek.
Mój własny krzyk, mój własny krzyk ogłusza mnie !

Aaa ..! zatykam uszy swe !
Mój własny krzyk, mój własny krzyk ogłusza mnie !

Kim jest ten człowiek, który ciągle za mną idzie !
Zamknięte oczy ma i wszystko nimi widzi !
Wiem że on wie że ja się strasznie jego boję.
Wiem że coś mówi lecz zatkałem uszy swoje !

Krzyczę, krzyczę, krzyczę, krzyczę w niebogłosy !
Aaa ..! czy ktoś zrozumie to !
Nie kończy się ten straszny most i nic się nie tłumaczy wprost !
Wszystko ma drugie, trzecie, czwarte, piąte dno !

Aaa ..! czy ktoś zrozumie to !
Wszystko ma drugie, trzecie, czwarte, piąte dno !

Mówicie o mnie że szalona, że szalona !
Mówicie o mnie, ja to samo krzyczę o nas !
I swoim krzykiem przez powietrze drążę drogę,
Po której wszyscy inni iść w milczeniu mogą ...

Krzyczę, krzyczę, krzyczę, krzyczę w niebogłosy !
Aaa ..! ktoś chwyta, woła – stój !
Lecz wiem że już nadchodzi czas, gdy będzie musiał każdy z was,
Uznać ten krzyk, ten krzyk, ten krzyk z mych niemych ust !

Za swój !


,,Źródło


"Źródło" 2005, 116 x 94

Płynie rzeka wąwozem, jak dnem koleiny,
która sama siebie żłobiła.
Rosna ściany wąwozu, z obu stron coraz wyżej,
tam na górze są ponoć równiny.
I im więcej tej wody, tym się głębiej potoczy,
sama biorąc na siebie cień zboczy ...

Piach spod nurtu ucieka, nurt po piachu się wije,
własna w czeluść ciągnie go siła.
Ale jest ciągle rzeka na dnie tej rozpadliny
jest i będzie, będzie jak była.
Bo źródło, bo źródło wciąż bije.

A na ścianach wąwozu pasy barw i wyżłobień,
tej rzeki historia, tych brzegów
Ślady głazów rozmytych, cienie drzew powalonych,
muł zgarnięty pod siebie wbrew sobie
A hen, w dole blask nikły ciągle ziemie rozcina,
ziemia nad nim się zrastać zaczyna...

Z obu stron żwir i glina, by zatrzymać go w biegu,
woda syczy i wchłania, lecz żyje
I zakręca, omija, wsiąka, wspina się, pieni,
ale płynie, wciąż płynie wbrew brzegom.
Bo źródło, bo źródło wciąż bije.

I są miejsca, gdzie w szlamie woda niemal zastygła,
pod kożuchem brudnej zieleni;
Tam ślad, prędzej niż ten, co zostawił go, znika,
niewidoczne bagienne są sidła
Ale źródło wciąż bije, tłoczy puls miedzy stoki,
wiec jest nurt, choć ukryty dla oka!

Nieba prawie nie widać, czeluść chłodna i ciemna,
niech się sypia lawiny kamieni!
I niech łączą się zbocza bezlitosnych wąwozów,
bo cóż drąży kształt przyszłych przestrzeni,
jak nie rzeka podziemna?

Groty w skalach wypłucze, żyły złote odkryje,
bo źródło, bo źródło wciąż bije.


,,Przeczucie - cztery pory niepokoju


"Przeczucie - cztery pory niepokoju" 2006, 151 x 189

Wiosną lody ruszyły, panowie przysięgli. Zakwitają pustynie, śnieg się w słońcu zwęglił,
Bóg umiera na krzyżu, ale zmartwychwstaje, kurczak z pluszu wysiedział Wielkanocne Jaje.
Baran z cukru nie martwi się losu koleją, świtem ptaki w niebieskim zapachu szaleją.
Tyle razy to wszystko już się wydarzyło, więc dlaczego przed strachem chowamy się w miłość?

Bo za oknem wiosenny wiatr drzewami szarpie,
budzą się do pracy upiory i harpie;
Nie ufaj w wieczory, wstań, zaciągnij story –
upiory i harpie, harpie i upiory...

Latem cierpkie owoce pęcznieją słodyczą, w tańcu pracy pszczoły na urodzaj liczą,
Słońce szczodrze wytrząsa swoją gęstą grzywę na ludzi ospałych, na miasta leniwe.
Matka Boska się pławi w złocie i zieleniach, pustoszeją w święto narodowe więzienia -
Tak co roku nas lato spokojem kołysze, więc dlaczego przed strachem chowamy się w ciszę?

Bo za oknem grzmot się ściga z błyskawicą,
w letnią burzę tańczą Wodnik z Topielicą -
Zakochani w zbrodni, ofiar wiecznie głodni
Wodnik i Topielica, Topielica i Wodnik.

Jesień kładzie słoneczne wspomnienia w słoiki, pachną zioła, pęcznieją worki i koszyki,
Przyjaciele wracają z podróży dalekich, obmywają stopy w nurcie własnej rzeki.
Pod wieńcem i zniczem usypiają zmarli zapomniawszy już o tym, co życiu wydarli,
Poeci o jesieni powielają sztampy, więc dlaczego przed strachem - zapalamy lampy?

Bo za szybą jesienna ulewa zajadła,
podchodzą do okien strzygi i widziadła.
Odwróć się od szyby, rozmawiaj na migi
strzygi i widziadła, widziadła i strzygi...

Zima dzieli istnienia na czarne i białe, zimą ciało ogrzejesz tylko innym ciałem,
Paleniska buzują, ciemnieją kominy, gęsim puchem piernaty wabią i pierzyny.
Trzej Królowie przybędą Panu bić pokłony, złożą dary bogate na wiechciu ze słomy.
Już lat dwa tysiące powraca to święto, więc skąd nad stołami milczące memento?

Bo za oknem śnieżyca, chichoty i wycie,
przed którymi na próżno chowamy się w życie.
Ten niepokój dopadnie nas zawsze i wszędzie
pamiętamy, co było... więc wiemy co będzie.


,,Wędrówka z cieniem


"Wędrówka z cieniem" 2006, 116 x 94

Po ulic ciemnym, mokrym tle, pod prószącymi latarniami,
ja wlokę cień, cień wlecze mnie, kałuże lśnią nam pod nogami ...

Dawno nie było nam tak źle, zostaliśmy zupełnie sami.
Ja wlokę cień, cień wlecze mnie, kałuże lśnią nam pod nogami ...

Ja się zawiodłem, cień zawiódł się, tak jest już z tymi dziewczynami
Więc wlokę cień, cień wlecze mnie, kałuże lśnią nam pod nogami ...

Był czas gdy cień mój cieszył się, jak ona mnie, jej cień go mamił.
I wlokę go, on wlecze mnie, kałuże lśnią nam pod nogami ...

A teraz mówi z żalu kpię, lecz dobrze wiem, że mówiąc kłamie.
Ja wlokę go, go wlecze mnie, kałuże lśnią nam pod nogami ...

Tak pocieszamy wzajem się, idąc długimi ulicami.
Ja wlokę cień, cień wlecze mnie, kałuże lśnią nam pod nogami ...


,,Autoportret Witkacego


"Autoportret Witkacego" 2006, 150 x 120

Patrzę na świat z nawyku, więc to nie od narkotyków
mam czerwone oczy doświadczalnych królików.
Wstałem właśnie od stołu, więc to nie z mozołu
mam zaciśnięte wargi zgłodniałych Mongołów.

Słucham nie słów lecz dźwięków, więc nie z myśli fermentu
mam odstające uszy naiwnych konfidentów.
Wszędzie węszę bandytów, więc nie dla kolorytu
mam typowy cień nosa skrzywdzonych Semitów.

Widzę kształt rzeczy w ich sensie istotnym
i to mnie czyni wielkim oraz jednokrotnym
w odróżnieniu od was którzy - Państwo wybaczą,
jesteście wierszem idioty odbitym na powielaczu

Dosyć sztywną mam szyję i dlatego wciąż żyję,
że polityka dla mnie to w krysztale pomyje.
Umysł mam twardy jak łokcie, więc mnie za to nie kopcie,
że rewolucja dla mnie to czerwone paznokcie

Wrażliwym jest jak membrana, zatem wieczór i z rana,
trzęsę się jak śledziona z węgorza wyrwana.
Zagłady świata się boję, więc dla poprawy nastroju
wrzeszczę jak dziecko w ciemnym zamknięte pokoju.

Ja bardziej niż wy jeszcze krztuszę się i duszę,
ja częściej niż wy jeszcze żyć nie chcę a muszę,
ale tknąć się nikomu nie dam i dlatego,
gdy trzeba będzie sam odbiorę światu Witkacego.


,,Rublow


"Rublow" 2005, 150 x 120

Na ziemi co zawsze pod wodą lub śniegiem,  są drogi po których nikt prawie nie chodzi,
tam wariat się czasem przesunie po niebie,  do ludzi na łodzi wołając że leci,
a oni chwytają go w sieci.
Wśród pól i rozlewisk tam białe są miasta,  gdzie końmi handlują, jedwabiem i siarką.
Nad targiem wyrasta przejasny monastyr,  chorały i charkot, ikona i koń,
wędzidło i złota dłoń.

Na ścianach gospody łańcuchy i sierpy,  wesołek po udach się klepie i śpiewa,
o ludzie, co żyje radością, choć cierpi,  i ktoś się zaśmiewa,
ktoś wódką go raczy,  nim inny ktoś wezwie siepaczy.

Z wyrwanym językiem niech skacze do woli,  jak przygłup, co słowa nie może wykrztusić.
Bo Książę z krużganków, o wzroku sokolim  dziedziny strzec musi od ognia i zła,
by poczuł lud, że ktoś oń dba.
A Książę – mecenas za sztuką przepada,  więc ściany pałacu malować mi każe.
Czeladnik już farby i pędzle rozkłada, a w drzwiach stoją straże i Księcia brzmi głos:
za pracę twą miecz, albo trzos.

Architekt, co dla mnie budował ten pałac już nic piękniejszego nikomu nie wzniesie,
gdy skończył – przygoda go przykra spotkała:  na zbirów się w lesie jak raz napatoczył,
a oni wykłuli mu oczy.

I zaśmiał się Książę, aż sala zagrzmiała  i grzmiała, gdy odszedł, podobny do pawia.
I stałem przed ścianą, co była tak biała,  jak tego co stawiał ją twarz oślepiona,
od łez nim się stała czerwona.
Klęczałem przed bielą, nad Pismem schylony,  gdy przyszła ta dziewka niespełna rozumu.
Czytała ruchami rąk moje ikony i śmiała się z tłumów,  płakała nad Bogiem
i piekieł przerażał ją ogień.

I wstały płomienie ze wszystkich stron naraz,  ku niebu podniosły się dymu kolumny,
w drzwiach koński pysk widzę i uśmiech Tatara,  co Księcia łbem dumnym za włosy potrząsa a Księciu krew spływa po wąsach.

Dziewczyna w krzyk straszny, więc on w śmiech wesoły  i szaty cerkiewne pod nogi jej ciska
a ona je wdziewa, obraca się w koło  i łza już jej wyschła,
więc tańczy w podzięce, przy siodle, przy głowie Książęcej.
Kto walczył, ten złotym pojony ukropem  blach z kopuł cerkiewnych,
z ksiąg ogniem topionym, zapada pomiędzy kopyta i stopy
ze wzrokiem wlepionym w zasnutą twarz Boga i pyta – jak kochać ma wroga.

Znów ciała chowaliśmy do wspólnych dołów,  znów drogi krzyżowe bez Krzyża i Chusty
- po burzy, o zmroku, nad rzeką popiołów  pogańskie odpusty; śmiech krwi i ciał gra,
płomyki się łączą po dwa.

Z tej ziemi co żywym nie skąpi pogardy  najlepsza jest glina do formy na dzwony.
W ich dźwięku z tej ziemi ucieram dziś farby  do mojej ikony na suchej deszczułce
jest miejsce na świat i na Stwórcę.

Przemokły, jak drzewo stojące na deszczu  koń schyla się, woda po sierści mu spływa;
zbutwiałe zielenie i złoto na desce,  co płacze jak żywa – to Stwórcy Korona.
Czekają nań Koń i Ikona.


,,Nawiedzona, wiek XX


"Nawiedzona, wiek XX" 2006, 150 x 120

Buty Czarnego lśnią ogniście, czuję w powietrzu spaleniznę.
Kiedy mi ogolili głowę nie było śladu po siwiźnie.
Bardzo nas dużo, bardzo dużo i wszystkie takie jednakowe.

Ale ten Czarny jak kałuża mnie krzycząc "Dumme" bije w głowę
a znów ten Biały jak robaki powiedział że mam dobrą krew
i śmiał się więc zaczęłam płakać a płacz zamienił mi się w śmiech.

Więc z chleba, chociaż jestem głodna zrobiłam sobie dziś wisiorki
od razu lepiej wyglądałam od kobiet zawiązanych w worki
i zaśpiewałam sobie cicho, że jestem ja księżniczką z baśni,
co czeka by ktoś po nią przyszedł

A jedna z was skoczyła na mnie, czy ktoś zrozumie co to znaczy
miała czerwone w oczach łzy, krzyczała na mnie nie wiem za co,
że jestem karmicielką wszy

I wyjaśniała skąd są dymy i czemu część z nas dawno śpi.
Po naszych ciałach, gdy leżymy wędrują takie białe wszy.
Podobno lubią słodką krew i te z nas które jej nie mają
nie mogą razem z nami żyć.
Znikają

A ja żyć mogę dzięki wszy, co ssie moją krew za jakie grzechy,
bo ciągle pragnie mojej krwi, więc będę żyła póki wszy.


,,Kara Barabasza


"Kara Barabasza" 2006, 150 x 120

W karczmie z widokiem na Golgotę, możesz się dzisiaj napić z łotrem,
leje się wino krwawe, złote, stoły i pyski świecą mokre.
Ten ścisk, to zysk dla gospodarza, wieść się po mieście niesie chyża,
że można ujrzeć tu zbrodniarza, co właśnie wyłgał się od krzyża.

Żyjemy !, dobra nasza, co z życia chcesz za życia bierz,
pijmy za Barabasza, Barabasz pije też.

Pije lecz mowy nie odzyskał, jeszcze nie pojął że ocalał,
dłoń która kubek ściska, jakby ściskała łeb bratnala.
Stopy pod stołem plącze w tańcu, skazańca co o drogę pyta,
każda z nich stopą jest skazańca a żywa wolna nie przebita !

Żyjemy !, dobra nasza, co z życia chcesz za życia bierz,
pijmy za Barabasza, Barabasz pije też.

Piją mieszczanie i żebracy, żołdacy odstawili włócznie,
i piją też po ciężkiej pracy, bawi się całe miasto hucznie.
Namiestnik dał dowody łaski, bez łaski czymże byłby żywot.
Toasty śpiewy i oklaski, jest na tym świecie sprawiedliwość !

Żyjemy !, dobra nasza, co z życia chcesz za życia bierz,
pijmy za Barabasza, Barabasz pije też.

Ryknął Barabasz śmiechem wreszcie, ręce szeroko rozkrzyżował,
i poszła nowa wieść po mieście, żyje, żartuje bestia zdrowa.
Słychać w pałacu co się święci, próżno się Piłat usnąć stara,
bezwładnie tańczą mu w pamięci: słowa, polityka, tłum i wiara !

Żyjemy !, dobra nasza, co z życia chcesz za życia bierz,
pijmy za Barabasza, Barabasz pije też.

W karczmie z widokiem na Golgotę blask świtu po skorupach skacze,
gospodarz przegnał precz hołotę i liczy zysk, Barabasz płacze.
W karczmie z widokiem na Golgotę blask świtu po skorupach skacze,
gospodarz przegnał precz hołotę i liczy zysk, Barabasz płacze !

Żyjemy !, dobra nasza, co z życia chcesz za życia bierz,

pijmy za Barabasza, Barabasz człowiek też


,,Powrót


"Powrót" 2005, 150 x 150

Ścichł wrzask szczęk i śpiew z ust wypluwam lepki piach
przez bezludny step wieje zimny wiatr.
Tu i ówdzie strzęp, lub stopy ślad, przysypany

Dokąd teraz pójdę kiedy nie istnieją już narody
Zapomniany przez anioły porzucony w środku drogi
Nie ma w kogo wierzyć nie ma kochać nienawidzić kogo
I nie dbają o mnie światy martwy zmierzch nad moja drogą

Gdzie mój ongiś raj, chcę wrócić tam, jak najprościej

- Szukasz raju! szukasz raju!
Na rozstajach wypatrując śladu gór?!
- Szukasz raju! szukasz raju!
Opasuje ziemię tropów twoich sznur...

Sam też mogę żyć, żyć dopiero mogę sam,
niepokorna myśl zyska wolny kształt
Tu i ówdzie błysk, lub słowa ślad, odkrywamy

Wszystkie drogi teraz moje kiedy wiem jak dojść do zgody
Żadna burza cisza susza nie zakłóci mojej drogi
Nie horyzont coraz nowy nowa wciąż fatamorgana
Ale obraz świata sponad szczytu duszy oglądany

Tam dziś wspiąłem się, znalazłem raj, raj bez granic

- Jesteś w raju, jesteś w raju,
żaden tłum nie dotarł nigdy na twój szczyt
- Jesteś w raju, jesteś w raju,
gdzie spokojny słyszysz krwi i myśli rytm...


,,Lot Ikara


"Lot Ikara" 2006, 150 x 120

Ostrzegał mnie mój ojciec, gdy skrzydła majstrował, przed lotem na własny rachunek.
Lecz cel mój – świst myśli – zagłuszył te słowa i ścięgna naciągnął jak strunę.
Więc w górę ! - Nad głowy, nad stropy, nad ziemię ! W poszumie stroszących się piór !
Najwyższą świątynię zamyka sklepienie a ja - nad sklepieniem ! Wskroś chmur !

Wołają – ślepota ! Wołają, że pycha !  A ja ramionami w dół niebo odpycham
i chwytam w źrenice ogromy oddali,  gdzie wszystko jest małe i wszyscy są mali !
Ich rozgwar pochłania fanfara cisz  - im – lecieć w otchłanie, mnie – wzwyż !

Ich miasto – płat kory w labirynt poryty, co – martwy- od pnia się odkruszył.
Ich państwo – garść wysp dryfujących w błękity. Istnienie ich – trucht karaluszy.
Chmur karki pokorne rozpędzam rozpędem, gdzieś za mną wiatr wyje jak pies;
nie pytam o drogę, dróg szukać nie będę – ja sam jestem drogą za kres !

Wołali – ślepota ! Wołają, że pycha !  A ja ramionami w dół niebo odpycham.
Strop świata rozbijam i jestem za kresem,  pomiędzy bogami ! Nad nimi już lecę.
Rwę skrzydła piorunem fanfarę cisz  – i kosmos w dół runął ! Ja - wzwyż !

Skrzydlaty i nagi, wśród światła okruszyn, w igrzyska wpatruję się boże;
ich uczty i walki – jak trucht karaluszy, ich parnas – labirynt na korze...
Nie widzą mnie, krążąc wokoło jak słońca,- mgławicą nieludzkich lic -
aż któryś mnie żarem niechcący potrąca i rzuca bezwiednie - w nic.

Na ciemnym tle nieba wypalam ślad jasny,  mój ślad – już ostatni, przelotny, lecz własny
i spadam kometą, chwilowym płomieniem,  być może spełniając tym czyjeś marzenie.
I lecę wśród cisz – ja - żar – drążę ziąb  i wszystko mknie wzwyż a ja w głąb.


,,Mistrz Hieronimus Van Aeken


"Mistrz Hieronimus Van Aeken" 2006, 150 x 120

A ja dosiadam świni i diabłów sto mnie goni!
Wy sobą zajęci, odwróćcie się byście widzieli!
Tu chlusta wino w gębę moją z dzbana z małpiej dłoni,
na pierś owłosioną leci z brody i pełnej gardzieli!
Tu ruda ladacznica ropuchę ma na sromie,
po sznurkach rozporka gramoli się ręka lubieżna;
pod garnkiem mego brzucha rozpala dziki płomień,
więc śmieję się głośno i z trzosu odliczam należność!

A tam, gdzieś mój brat, na harfie jak Chrystus rozpięty,
dobrze mu tak, niech wie, że niełatwo być świętym.

A ja dosiadam świni! I trzymam się szczeciny!
To co, że pod belką zawisły różowe strąki ciał?
Czy może mam być mędrcem by puszczać z ust mydliny
i mówić o woniach Arabii, gdy wokół cuchnie kał?
Podkułem świnię złotem i ślad wyciskam w gnoju!
Niech każdy oswoi swe diabły o żabiotrupich pyskach!
Szczęśliwi niechaj w swoich bańkach z tęczy śpią w spokoju
nim w parę ich zmienią płonące wsie, młyny i zamczyska!

A tam, gdzieś mój brat, na harfie jak Chrystus rozpięty,
dobrze mu tak, niech wie, że niełatwo być świętym.

A ja dosiadam świni! Przemierzam czarną rzekę,
lecz woda od ognia gorąca nie gasi jurnych krzyków!
Więc starczy nam radości! Do końca niedaleko!
Łaskoczą do śmiechu włochate, niezaciągnięte stryki!
Rumianych waszych twarzy myśl żadna nie zaszczyca,
świat oczom otwartym przesłania Nóż, Pieniądz, Pocałunek!
Więc patrzcie, jak po niebie łun pełzną gąsienice,
jak chmarą się lęgnie z nich nocny owad owadów gatunek!

A tam, gdzieś mój brat, na harfie jak Chrystus rozpięty,
dobrze mu tak, niech wie, że niełatwo być świętym.

A ja dosiadam świni! Omijam wszystkie rafy!
Popatrzcie, jeżeli prócz siebie cokolwiek widzicie!
Korzystać, póki darmo rozdaję cyrografy!
Szafuję krwią z palca, bo na to mnie stać!

Jam Król Życia!

muz. i sł. Jacek Kaczmarski