STRONA  GŁÓWNA
AKTUALNOŚCI
PRACOWNIA
KSIĘGA  GOŚCI
KONTAKT







Inspiracje literacko
muzyczne

Stanisław Jerzy Dołżyk


Rękopisy

Jako inspiracja do namalowania tego cyklu obrazów posłużyła mi twórczość Jacka Kaczmarskiego. Cykl składa się z 12 prac


,,Latarnie


"Latarnie" 2009, 120 x 120

Latarnie połączone przewodami wzdłuż ulicy rzędem tkwią
A noce coraz częstsze i ciemniejsze za oknami i po bramach
Resztkami swoich bladych sił niektóre tylko z latarń dziś się tlą
Inne zgaszono albo z czasem zgasły same

Nic nie oświetla tego co wieczorem na ulicach dzieje się
Na rogu gdzie milicjant stoi jedna lampa świeci dla pozoru
Jedyne co rozjaśnia mrok to z sutereny nocne lampki dwie
I z wszystkich okien tępy blask telewizorów

Jaśnieją obce miasta światłem wziętym sponad naszych ciemnych głów
I wzrok kieruje się w ciemnościach tam gdzie widać wszystko jak na dłoni
A tu gdzie nic nie widać słychać z mroku serie poplątanych słów
I jedno przywidzenie drugie goni

Latarnie połączone przewodami wzdłuż ulicy rzędem tkwią
A noce coraz gęstsze i ciemniejsze a wieczory też nie lepsze
Pijanym i pobitym mówią niepotrzebne latarń światła są
Tylko ich słupy żeby na nich się podeprzeć

muz. i sł.  Jacek. Kaczmarski



Błogosławię zło...


"Błogosławię zło" 2009, 120 x 120

Błogosławię zło na ekranie niebieskim
Mój intymny kontakt z istotą gatunku.
Widzę i osądzam, jak Stwórcy namiestnik,
Taniec śmierci, zdrady, gwałtu i rabunku.

W naturalnych barwach, w dowolnym języku,
Z dźwiękiem tak klarownym, jak klarnet Mozarta
Sięgam po wieczorną porcję krwi i krzyku
Stamtąd, gdzie akurat ginie trzystu Spartan.

Nie brak mi współczucia. Wzburzam się i wzruszam;
Stwierdzam z satysfakcją, że doznałem szoku;
Niby balon szlochu kształt zyskuje dusza
Łzawią mi paprochy uczuć w chłodnym oku.

A na co dzień, w życiu - przydarza się rzadko
Żeby rzecz, co wstrząsa - ujrzeć jak na dłoni.
A gdy już się uda świadkiem być wypadku -
To dźwięk ktoś zagłuszy, widok ktoś przysłoni.

Zaś ekran niebieski szczegóły powtarza
Krwiście bezlitosne zbliżenia w zwolnieniach,
Chociaż w każdej chwili może je wymazać
Palcem tknięty pilot - podczerwień sumienia.

"Przedszkole


"Przedszkole" 2009, 120 x 120

W przedszkolu naszym nie jest źle, zabawek mamy tutaj w bród
Po całych dniach bawimy się w coraz to inny trud
Pani nam przypatruje się pilnuje gdzie zabawy kres
W przedszkolu naszym nie jest źle, kiedy się grzecznym jest

Bo jeśli nie - zaraz po pupach po pupach po pupach biją nas
I krzyczą - patrz szcze patrz szczeniaku gdzieś ty wlazł
Albo po łapach po łapach po łapach trzepią i
W kącie się łyka łzy

Za oknem tyle świata lśni do szyby więc przyciskam nos
Wszystkim zachwycałbym się gdy - gdyby nie Pani głos
Bo mamy w pociąg bawić się, pani nas ciągnie tam i tu
I chyba sama nie wie gdzie, powtarza tylko: czu-czu-czu...

My za nią przewracając się i na zakrętach lecąc w bok
Patrzymy jak się pociąg rwie, krzyczymy czu-czu gubiąc krok
A Pani ciągle biega i za Nią już tylko jeden dwu
Bo reszta pod ścianami tkwi i leżąc krzyczy: czu-czu-czu!

Pani się zatrzymuje zła, pierwszego z brzegu łapie i
Tym pierwszym zwykle bywam ja, bo jestem krnąbrny oraz zły

Więc zaraz da mi da po pupie po pupie po pupie zbije mnie
Krzycząc - czemu szcze czemu szczeniaku nie bawisz się
A ja z pociągu z pociągu wypadłem tylko i
W kącie połykam łzy

Lecz nic nie mówię cóż to da? Coś tylko we mnie w środku drży
W kąciku siedzę cicho - sza, myślę że smutno mi
Lecz z czasem minie też i to w przedszkolu naszym tak już jest
Że zapomina tu się zło, tu troskom szybki kres!

Więc znów bawimy wszyscy się pod czujnym okiem Pani, i
W przedszkolu naszym nie jest źle! Szczególnie, gdy się śpi!


"Testament


"Testament" 2009, 120 x 120

W trzydziestym ósmym roku życia pod koniec dwudziestego wieku,
Co nic już chyba do odkrycia nie ma ni w sobie, ni w człowieku -
Za czarne pióro i atrament  chwytam, by spisać swój testament.
Za mną już liczba chrystusowa ofiarnym kozłom przypisana,
Kiedy niewinna spada głowa za cudze grzechy - czyli za nas,
By z życia się wymknąwszy sideł uschnąć w relikwię wśród kadzideł.

Przede mną dziesięć lat niepewnych, gdy każdy zmierzch mężczyznę miażdży,
Od wewnątrz pośpiech szarpie gniewny, a z nieba mu znikają gwiazdy.
Który to przetrwa ten – dożyje zaszczytu, że sędziwie zgnije.
Mniej ważne - ile czasu trawisz, niż - z jakim trawisz go wynikiem.
Niejedną twarz mi los przyprawił: byłem już zdrajcą i pomnikiem,
Degeneratem, bohaterem, a wszystkie twarze były szczere.

Patrzono na mnie przez soczewki miłości, złości, interesu,
Przeinaczano moje śpiewki, by się stawały tym, czym nie są.
Tak używano mnie w potrzebie aż dziw, że jeszcze mam ciut siebie.
Poza tym zresztą mam niewiele. wpływy przejadłem i przepiłem.
Co nieco w duszy tkwi i w ciele co duszy wstrętne - ciału miłe,
Więc nie zostawiam potomności kont, akcji ani posiadłości.

Pierwszej małżonce mojej, Ince, nim się wyrazi o mnie szpetnie,
Zostawiam nasze wspólne sińce - pamiątki z wojny wieloletniej.
Ja się przeglądam w tych orderach, bo to, co boli - nie umiera.
Zaś drugiej mojej połowicy niczego nie zapiszę za nic,
Bo choćbym nie wiem jak policzył - i tak mnie za rozrzutność zgani;
Więc nim się zrobi krótkie spięcie - "Kocham cię" - piszę w testamencie.

Także synowi memu, Kosmie niewiele mam do zapisania.
Nie wiem co będzie, gdy dorośnie: czy zada cios mi, czy pytania
I próżno mi się dzisiaj biedzić, czy znajdę na nie odpowiedzi.
Paci zabawek nie pomnożę, a zapisuję jej przestrogę,
Że choć się wiecznie bawić może - nie taką jej wyśniłem drogę.
Lecz snem nie będę córki dręczył: zjawi się drań, co mnie wyręczy!

Przykra to myśl, że - gdy czterdziestkę poranny wieszczy reumatyzm -
Tak łatwo w ten testament mieszczę wszystkie me lary i penaty:
Gitarę, książki i zapiski, butelkę po ostatniej whisky.
Nic nie zapiszę więc Wałęsom, Pawlakom, Strąkom i Urbanom,
Co codziennością naszą trzęsą, a ja ich muszę strząsać rano.
I przyjaciółki mej Grabowskiej grę z nimi biorę za słabostkę.

Zostały jeszcze pieśni. One już, chcę czy nie chcę, nie są moje.
Niech cierpią los swój - raz stworzone na beznadziejny bój z ustrojem.
Sczezł ustrój, a słowami pieśni wciąż okładają się współcześni.
Ja z nimi nic wspólnego nie mam - to znaczy z ludźmi, nie z pieśniami
Niech sobie znajdą własny temat i niech go wyśpiewają sami.
Inaczej zdradzą wielbiciele że nie pojęli ze mnie wiele.

Partnerzy także źródłem troski - ciąży przyjaźni kamień młyński:
Niezbyt wysilał się Gintrowski, nazbyt wysilał się Łapiński.
Tyleśmy wspólnie wznieśli modlitw - rozeszliśmy się bez melodii.
W ten czas tak marny, hałaśliwy, gdy szybki efekt myśl połyka,
Chóralne plączą się porywy, muzyka wszelka w zgiełku znika.
Lecz, chociaż z nieuchronnym smutkiem, każdy niech swoją nuci nutkę.

O, nie samotne to nucenie! ani obejrzy się pustelnik -
Zjawią się wielcy ocaleni z historii rusztów i popielnic
By szydzić wprzód a potem kusić i do sprostania im przymusić.
Bo nie przypadkiem przeszli czyściec odsiani z mód wartkiego ścieku
Po to by istnieć a nie błyszczeć i wieść dysputę o człowieku.
W przepyszne wciągną cię katusze nie byle jakie łby i dusze.

Dyskusja z nimi więc jest czysta.podstępna tylko z naszej strony.
Czym grozi nam antagonista co przed wiekami pogrzebiony?
A dodam jeszcze myśl, że i my niedługo już będziemy z nimi.
To samo pod rozwagę daję kochankom moim bez wyjątku:
Jakże do syta tym się najeść co końcem było od początku?
Imion rozkoszy więc nie podam, bo życia mało, czasu szkoda.

Dlatego też się kończyć godzi. nie wiem, czy jeszcze co napiszę,
Lecz tylem już wierszydeł spłodził, że jest czym okpić po mnie ciszę.
Zwłaszcza że póki słońce świeci wciąż będą rodzić się poeci.
Jak ja bezczelni i bezradni spragnieni grzechu i spowiedzi
I jedną nogą już w zapadni, dociekający co w nich siedzi,
Co wciąż nieuchronności przeczy, ze może życie jest do rzeczy.


"Starzy ludzie w autobusie


"Starzy ludzie w autobusie" 2009, 120 x 120

My starzy ludzie w autobusie nie powinniśmy jeździć nim
Lecz nie wybiera ten kto musi kto wybrać nie ma w czym
Miejsca już dawno są zajęte zostało tyle żeby stać
I czekać aż w uliczki kręte autobus zacznie gnać

Dokoła obce plecy tkwią i wszyscy patrzą gdzieś nad nami
Podczas gdy nasze ręce drżą wciąż się mijając z uchwytami!
Szarpnął! Tracimy równowagę wspieramy się na byle kim
Kto cofa się jak przed zniewagą i patrzy wzrokiem złym

A my przeprosić przybrać pozy już nie jesteśmy w stanie bo
Źrenice nasze pełne grozy w kierowcę wbite są
Kierowca o nas ani dba wpatrzony w drogi swojej znaki
To przyhamuje to znów gna na swym fotelu tkwiąc okrakiem

A nam dostępu brak do okien a nam dostępu brak do drzwi
A każdy staje do nas bokiem i w duchu z niedołęstwa drwi
I na właściwym wyjść przystanku nigdy nie było dane nam
W panice lgnąc do drzwi bez klamki patrzymy - to nie tam!

Ze skargą do kierowcy znów aż ktoś nie przerwie narzekania
Napis wskazując nam bez słów że z Nim rozmawiać się zabrania!
Lub pasażerów chór nas zdławi i dobrotliwie skarci nas
Dwie możliwość nam zostawi: pętlę - lub do zajezdni zjazd!


"Przybycie tytanów


"Idą tytani" 2009, 120 x 120


Idą tytani na świat zesłani, żeby naprawić zło!
I wiemy to z ostatniej chwili, że gdzieś już nawet naprawili.
Krok ich nam w uszach od dawna brzmi ale postaci nie widać wciąż,
Czujemy tylko jak ziemia drży pod krokiem który drąży jej miąższ.

Na wschód, na zachód zerkamy kątem czy już górują nad horyzontem,
Lecz ciągle nic, prócz kroku ech, co poniektórym wstrzymuje dech...
Inni zaś z myślą nie nową się kryją - Może to tylko tak serca nam biją?

Idą tytani na świat zesłani, żeby naprawić zło!
I wiemy to z ostatniej chwili, że gdzieś już nawet naprawili.
Prasa zarzuca nam zabobony, ale maluje się domów frontony,
Z więzień przed czasem wypuszcza się, wojsko podwaja pobory swe!

W kwiatach arterie lśnią wylotowe, czołgi po lasach stoją gotowe,
Milczą agencje TASS i PAP, ale wciąż słychać tytanów człap!
Czuje się w każdym ruchu i zdaniu: - Idą tytani! Idą tytani! Idą tytani! Idą tytani!

Grom! Huk! Trzask! Pył!
Przeszli tytani na świat zesłani
Żeby naprawić zło...
Byliśmy dla nich za mali - Nie zobaczyli
Zdeptali.


"Kosmonauci


"Kosmonauci" 2009, 120 x 120


Posadzili na fotelach miękkich nas i pasami do nich ciała przywiązali
I zamknęli nad głowami szczelny właz i od zewnątrz śruby w nim pozakręcali
Hełmy głowy nam wessały jak pijawki i oddzielił nas od świata brzuch potwora
Jeśli słychać coś to to co jest w słuchawkach jeśli widać coś to to w telewizorach

W cichą ciemną przestrzeń nieba wystrzelili nas i patrzyli póki się nie upewnili że
My próżni w stanie nieważkości gdzie z opóźnieniem nas dochodzą głosy z Ziemi
Gdzie w normie humor dobry w normie mdłości w normie powolność mózgu niedokrwienie
Ciągle w tym samym stadium dojrzałości w jakim nas wystrzelono w ten bezdenny krater

Z takim zasobem o swym losie wiadomości jaki nam da - koordynator
Słychać tylko jego lub spikera głos na ekranach gąszcz wykresów i wyliczeń
Jaką siłę daje atomowy stos ile jemy mięsa w proszku i słodyczy
Nie lecimy my odkrywać gwiazdozbiorów ani z obcych planet uszczknąć gruntu gramów

Naszym wielkim celem jest ogólnie biorąc KONSEKWENTNA KONTYNUACJA PROGRAMU!
Cicha ciemna przestrzeń nieba nas otacza i nikt z nas na razie nie rozpacza, że

My w próżni w stanie nieważkości przedmioty myśli słowa krążą gdzieś bezwładnie
Że automaty weszły w stan nieomylności i wszystko wiedzą dokładnie
Że rozłożone porcje naszej aktywności że czas nieprędki gdy staniemy znów na Ziemi
Wrócimy - sądząc po programów niezmienności - gdy coś się bez nas na niej - zmieni!


Odpowiedź na ankietę "Twój system wartości


"Twój system wartości" 2009, 120 x 120


Polityka mi wisi dorodnym kalafiorem.
Błogosławieni cisi i ci, co pyszczą w porę.
Historia mnie nie bierze, literatura nudzi.
Ja tam dziś w nic nie wierzę, a już na bank - nie w ludzi.

Nawet drzewa twardnieją, by przeżyć, co tu mówić o ludziach, frajerzy!

A jak się urządzili ci z władz i z opozycji?
Ten bił, a tego bili - obydwaj dziś w policji.
Więc żaden mnie nie skusi na byle ćmoje-boje.
Błogosławieni głusi i ci, co słyszą swoje.

Nawet drzewa, by przeżyć, korzenie  zapuszczają głęboko pod ziemię.

Katabas kirchę wznosi nie dla nas, a dla Pana.
Więc jakby sam się prosił by z glana kapelana.
Mnie tego nikt nie wrzepi, ja chcę mieć święty spokój.
Błogosławieni ślepi i ci, co widzą w mroku.

Nawet drzewa rosną w ciemnościach w dupie mają - na czyich kościach.

Mnie nie rajcuje kasa, kwatera czy gablota.
Jak trafię skórę - klasa - pieroga wyłomotam.
Wykaże test, żem HIVnik, to w żyłę - i odjadę.
Błogosławieni sztywni i ci, co żyją z czadem.

Nawet drzewa próchnieją przedwcześnie a przecież istnieją - bezgrzesznie.


"Ballada o spalonej synagodze


"Spalona synagoga" 2009, 120 x 120


Żydzi, Żydzi wstawajcie płonie synagoga!
Cała Wschodnia Ściana porosła już żarem!
Powietrze drży, skacze po suchych belkach ogień!
Wstawajcie, chrońcie święte księgi wiary!

Gromadzą się ciemni w krąg płonącego gmachu
Biegają iskry po pejsach, tlą się długie brody
W oczach blask pożaru, rozpaczy i strachu
Gdzie będą teraz wznosić swoje próżne modły?!

Płonie synagoga! Trzask i krzyk gardłowy!
Belki w żar się sypią, iskry w górę lecą!
Tam, w środku Żyd został! Jeszcze widać ręce!
Już czarne! O, Jehowo, za co? O, Jehowo!?

Noc zapadła. Stoją wszyscy wielkim kołem,
Chmury nisko, w ciemnościach gwiazda się dopala.
Patrzą na swe chałaty porosłe popiołem,
Rząd rąk i twarzy w mrok się powoli oddala...

Stali tak do rana, deszcz spadł, ciągle stali
Aż popiół się zmieszał ze szlamem.
- Jeden Żyd się spalił! Jeden Żyd się spalił!
Śpiewał w knajpie nad wódką włóczęga pijany.


"Manewry


"Manewry" 2009, 120 x 120


Bez ruchu każą tkwić nam tu jak długo - nie pamiętam już
Brak nam powietrza słów i snu w gardłach - zaschniętej śliny kurz
Jak okiem sięgnąć w strony dwie okopów linie ciągną się
A my czekamy - mija czas i do ataku wciąż nie posyłają nas!

Powiecie - śpieszyć się nie ma gdzie! i to jest prawda - co tu kryć?
Lecz gdy w okopy nas się śle to kiedyś atak musi być!
Jedna jest tylko droga stąd gdzie horyzonty wrogie się mglą
Inaczej zaś polowy sąd a dać się swoim - to już gruby błąd!

Wszak to manewry tylko są na wzgórzach lornet błyszczą szkła
Wszystko jest strategiczną grą w której brać udział muszę ja!
Kolega pyta raz po raz co będzie jeśli trafią nas
Odpowiedź jedna musi być: po prostu nie będziemy żyć!

Krzyk! I ruszamy do ataku na odsłonięte stoki wzgórz
Wokół wybuchy czarnych krzaków dym! Huk! I nic nie widać już!
W głowie panicznie mi się trzepie jak w klatce ptak spłoszony - puls
Więc żyję! Czy to naboje ślepe? czy może to ślepota kul!?

Wtem w miejscu zatrzymuję się gdzie jest przyjaciel, gdzie jest wróg?!
Nie widzę go! On widzi mnie! Strzał! Ból! I lecę z nóg!
Leżę - przy ziemi trzymam twarz swój własny oddech czuję z niej
Z dali co mój wchłonęła wrzask idą sanitariusze trzej...

Co chwila słyszę suchy strzał wstrzymuję przerażony dech
To tych co przeżyli boju szał Dobija tamtych trzech!
Już są tuż tuż! Zastygam i podchodzą, nachylają się...
Widzę znajome twarze trzy

Strzał! Dobili mnie.

- Zbudź się - Otwieram oczy - pole, kolega - okop - flagi żerdź.
Zmrok. Wciąż czekamy na swą kolej.
Żyjemy. Śniąc śmierć.


"Pustynia


"Pustynia" 2009, 120 x 120


Wielbłądy upadają ze zmęczenia
Piach oczom wzrok odbiera, w zębach zgrzyta
Nasz ślad za nami znika w okamgnieniu
O zagubioną drogę nikt nie pyta

Wtem słychać gniewny pomruk poganiaczy
Wymownie kładą dłonie na kindżały
Żądają wina kobiet i zapłaty
Klną jawnie nas wyprawę i świat cały

A my już chyba znamy kres podróży
Patrzymy póki jeszcze starczy siły
Jak w piasku wiatr nam przyszłość wróży
W zbiorowe dawnych wypraw dmąc mogiły

Przewodnik zagubionej karawany
Unosi się w strzemionach.
Słońce świeci
Kolejne tworzy nam fatamorgany
Oazy obiecuje
Naszym dzieciom


"Ze sceny


"Ze sceny" 2009, 120 x 120


Wy w ciemnościach - reflektory chronią was -
oświetlając tylko scenę, na niej mnie!
Jak na dłoni widać mą stężałą twarz,
Gdy przez mrok próbują oczy przebić się!
Mikrofony wychwytują każdy dźwięk,
Mój najlżejszy oddech usłyszycie stąd!
Ja przemogę sztywność zaciśniętych szczęk
Wstrzymam myśli niekontrolowany prąd!
Ja tu na krótko! Kochani - pozwolicie?
Przed wami chcę naprawdę szczerze się wysilić!
To dla was chwila, dla mnie całe życie!
Nim zniknę - niech pokrzyczę krótką chwilę!

Każdy chce mieć i każdy tak czy owak ma
Tę krótką chwilę między wejściem swym i wyjściem!
Każdy na jakimś instrumencie gra,
Choć nie każdego oklaskuje się rzęsiście.
Lecz ja - ja wiem, ta krótka chwila długo trwa,
Ale mam tyle, drodzy, wam do powiedzenia!
Tylko przeszkadza mi ta za kurtyną twarz
I ciągły szept, że to już koniec przedstawienia!
Nie! Jeszcze trochę! Mamy czas! Bo widzicie
Do stracenia nikt z nas nie ma nic - i tyle!
A więc krzyczmy! Krótką chwilę - całe życie!
Nim znikniemy - głośno krzyczmy krótką chwilę!

Gwiżdże ktoś - nie mówię nic, nie było nic!
Ja mikrofon mam i ja mam teraz głos!
Tam, za kulisami wy! Możecie iść!
Przejmuję program i prowadzę dalej go!
Nie przerywać! Tego, co warcholi - precz!
Nie dla niego tutaj płuca w strzępy rwę!
Hej, akustyk! Chrypnę! Gorzej słychać mnie!
Silniej wzmacniacz! Głos mój teraz musi brzmieć!
Rozciągnąć czas! Hej, wy tam, w mroku - czy wierzycie
Mnie, który wie jak się w epokę zmienia chwilę?
Otwórzcie drzwi! I zaraz zobaczycie
Jak marny czas, co gnębił nas, zostaje w tyle!

Ktoś mi tutaj może powie, że już charczę,
Że już nie rozróżnia poszczególnych słów,
Ale mnie śpiewania jeszcze nie wystarczy!
Jeśli przerwę - nigdy nie zaśpiewam znów!
Nowych chwytów na gitarze nie wyćwiczę,
Ale starych jeszcze dość - ja się nie mylę!
Całe życie z sensem krzyczę, całe życie!
Więc pokrzyczę jeszcze póki mam tę chwilę!
Co się stało!? Czemu ten reflektor zgasł?
Kto wyłączył mikrofony mi?
Gdzie jesteście, kto stąd wyprowadził was?
Kto zatrzasnął między nami drzwi?!
Niech chociaż skończę! Bez pointy odchodzicie!
A ma być śmieszna, najważniejsza, w wielkim stylu!
I potrwa chwilę! Jedną w całym życiu!
Nim zniknę... niech rozśmieszę was na chwilę...




muz. i sł.  Jacek. Kaczmarski